[29] Fale

Znów mam w sobie sztorm, psia mać! Tym razem dziesięć w skali Casanovy.

Jestem cwaniakiem i dobrze wiem, że przy takiej Dziewczynie miłość trzeba zaplanować, jak podkład pod mega budowę, jak trudną podróż. I nigdy, ale to przenigdy nie zdradzać innym nawet najmniejszych podpunktów. Na improwizację zostawić sobie raptem margines, tyci kąt i ani centymetra więcej.

Moja miłość przyjdzie do Niej falami; z małym wiatrem, żeby było bez strat. Nic się nie będzie w Niej szarpać i niepotrzebnie złościć. Na początku zdarzy się nam kilka cichych rozmów o niczym, podrywu znad rzęs. Będzie poezja i dyrdymały jak kilogramy cukru. Cierpliwie poczekam, aż zawieje w Niej mocny wiatr i dopiero wtedy zacznę. Potem zjedziemy na tej fali już razem. Ręka w rękę. Rozmawiając ze mną przestanie cedzić słowa i uważnie dobierać przecinki. W co piątym wyrazie zdarzy Jej się nawet sugestia, że na pewno teraz, i że na pewno ze mną; będzie te zdania kończyć mocną kropką. Gdy znajdziemy się w okolicy splotu, będzie już całkowicie bez pamięci. I sama nie zauważy kiedy w Niej na stałe zamieszkam.