[27] Adwent

Bo chodzi o to, że podrywanie kosztuje. I to sporo. Na biednego nie trafiło, ale uwierzcie: za każdym razem tracę przy tym tony nerwów, jeszcze więcej monet, a z efektem i tak bywa różnie. Można się zmęczyć.

Na rachunku sumienia, który w sezonie męsko dopieszczam, zawsze na koniec znajduję kilka skomplikowanych znajomości; amorów, które nie powinny się zdarzyć; słów, powiedzianych za szybko lub bez sensu; nie tam gdzie trzeba, lub nie tej, której się powinno. Zawsze więc w okolicach grudnia, gdy mi wiatr zimnem zaczyna hulać po kieszeniach wchodzę w fazę wyciszenia i zasłużonej refleksji. Robię adwent.

W tym roku skromnie, minimum do końca grudnia: nie mówić brzydkich wyrazów, nie podrywać, spacyfikować dzikie serce.

I nic a nic nie wzruszy mnie ta nowa miłość, co stoi tam z tym tiulem na udach i nowością w ruchach; z doskonałą jak Afrodyta figurą i pachnąca jak cynamon w świeżo upieczonym cieście. Niech kusi, kokietuje i uprawia te swoje damskie sztuczki. Sama, w pojedynkę, tym razem całkowicie beze mnie.

Bo ja mam postanowienia i mocny jak rum charakter. Jestem pewniakiem, jak ryba na wigilię, jak kurz na meble, więc nie nagnę. 

Tak mi dopomóż święty Adwencie!