[26] Duża

Siedem bożych dni szukałem tamtej Dziewczyny. I nic. Nadal tylko ja i wanilia w wełnianej czapeczce. Ale nie odpuszczę! W czasie gdy próbuję Ją jednak trochę z siebie wymeldować, wyeksmitować za nawias celebruję czas z Dużą. By nie oszaleć nadmiernie.

Lubię Dużą. Bo Duża dużo o mnie wie. Ufam jej i mówię prawie wszystko. Duża sprawia, że przestaje się we mnie zło szarpać, że konturuje siebie z należną precyzją, tak jak trzeba, wyraźnie. Duża jest wyrozumiała i uczciwie słucha. A gdy już mówi, to łagodnie i prosto: mówi, że to nie problem, i że każdy czasem czuje się jak marionetka, że to, co mam nad sobą to tylko kawałek drewna, żaden krzyż pański, że jeśli jestem kochliwy, to znaczy, że serce mam wrażliwe i, że jest tam ciepło. I, że to ładnie; że naprawdę nie ma się czego bać; że jak ogarnia mnie zwierzęcy strach, to mam się skulić i pomyśleć magicznie, a jak mnie mdli od złych wiadomości, to zacisnąć mocniej pięści. Mówi też, że jestem jak gąbka i za dużo chłonę; że tak nie można bo potem boli i wszystko wylewa się wąską linią, upartym ciurkiem. 
Ale najbardziej lubię Dużą za to, że gdy mi źle to nie każe mi bez sensu oddychać głębiej i z wdzięcznością patrzeć na słońce. Po prostu czeka, cierpliwie milcząca. 

Duża, dzięki, że jesteś.