[40] P r z e ś w i t y

Niech tej zimie się wreszcie czas skończy. Temperatura ciała stoi w miejscu, ale nadal mi zimno. Mam 36,6 - czuję, jakbym miała 5. 
Czasem nie mogę się ruszyć! 

W moim życiu zdarzają się p r z e ś w i t y; takie momenty kiedy między wyrazami muszę zrobić stromy oddech. One są jak luki w zdaniach, które staram się właściwie wypełnić. 
Czasem brakuje mi słów!

Z pisaniem jest jak z zapachami; słowa potrafią ulotnić się w drobnej sekundzie, lub zostać na skórze na zawsze. Przypisane do znaczeń, potrafią stawiać zimny opór, mrozić sens. Zawsze są krok dalej, niż ich właściciele, niż na rozkaz.
Czasem pachnę jak niemowlę!

Wciąż próbuję się nie osuwać, być dla siebie bezpiecznym gruntem! 

DSC_2202.jpg

[39] Na biało. W bieli, biel

To będzie krótka opowieść o tym, jak Filippo został starym ramolem.

Śnieg - opad atmosferyczny w postaci kryształków lodu o kształtach głównie sześcioramiennych gwiazdek, łączących się w płatki śniegu. Po opadnięciu na ziemię tworzy porowatą pokrywę śnieżną, także nazywaną śniegiem.

I to jest ten moment drogie dzieci, kiedy zmuszony jestem powiedzieć: "Za moich czasów ..." 

Villa Meridian co słychać? Macie tam trochę tego mojego, puchatego dzieciństwa?

 

 

IMG_0993.jpg

[38] Małe piwo dla Niej

Jednak miłość zawiera w sobie ość, cienki kościec, który potrafi stanąć w gardle, aż do śmierci.

Od kilku dobrych miesięcy wystawiam się na światło dzienne. Na mięsistą klatę biorę luki w systemie, zaległe terminy i rozbuchane rachunki. Pogoda też mnie jakoś nadmiernie nie rozpieszcza. Ni to zima, ni średniowiecze. Czuję jakby mnie wsadzono w grubym-markerem-namalowany zbiór, z napisem: "tryb rozkazujący". Muszę być, i w środę, i w formie, i w treści.

A wieczorami, gdy padają ostatnie żarówki, jestem jak 500 misternie wyciętych, pozostawionych w nieładzie, rozwalonych po całym pokoju puzzli, które Ona cierpliwie układa od nowa. Tkanka do tkanki, sztuka do sztuki, centymetr po centymetrze.

Małe piwo dla Niej, za ten od nowa rodzący się wszechświat, za chęci.

IMG_0992.jpg

[37] Na sercu księżyc

Pradziad mawiał, że "jak kogoś jest za dużo, to się robi nadmiar; a jak za mało, to się robi pustka." Prasyn wspomniał Pradziada i mocno zaczął się bać, że z Was ostatecznie i definitywnie zniknie.
Nazwijmy to zatem pokornym powrotem, albo nagłą potrzebą, wciąż pulsującego, serca.

Oprócz siebie, zadawności i kilku kłopotów przyprowadziłem też boską niewiastę.

IMG_0991.jpg

[36] Maestro

Na wielkiego Versace, wiadomo przecież, że szalenie mocno bym chciał napisać tu drukowanymi, że z Maćkiem* znam sie od lat, i że to znajomość misterniej wyszyta niż królewskie karmazyny; że z niejednego stołu krewetki jedliśmy, a przegadane minuty liczymy w ciężkich tonach. Jak nić złota, że bym chciał, że mi się to zwyczajnie marzy. Tymczasem, namiętnie słucham jazzu i nadrabiam materiałowe zaległości: atłasy, adamaszki, aksamity, wszelakie felpy i tabiny, szyk i krój; a gdy mi się już ta miłość największa z możliwych zdarzy, ubiorę Ją w sukienkę od Niego. Żadną inną. 

Maestro przesyłam ukłony pełne podziwu!
Filippo (drewniany fan)

IMG_0989.jpg

[34] Wegańskie serce

Ja wiem. Za taką absencję wyrzucają ze szkół i zwalniają z obowiązku. Mea culpa! Wszelkie żale i niezbite dowody przyjmuję honorowo, bez mrugnięcia. Niech jednak rzuci kamieniem ten, który nigdy nie zniknął z horyzontu i nie wyszedł po zbędne zapałki. A ja nie dość, że musiałem, to jeszcze miałem dokąd. Bo jest na ziemi takie miejsce, gdzie wielkomiejskość opuszcza się z niekłamaną radością. 

Jak tu przed Wami wiszę, zapewniam, że czasu nie zmarnowałem. Jestem bogatszy o to nowe miejsce, i o ten czas. W liczbach też imponująco: kilometry kojącej zieleni, tuziny spokojnie przespanych nocy i 46 przeczytanych, od dawna zaległych, książek. Porozwiązywałem wreszcie wszystkie zaprzeszłe niejasności, a dystans i krwioobieg napełniłem, nad wyraz, przejrzystym powietrzem. Dowiedziałem się też, że szerszeni nie należy się bać, i że ciecierzyca smakuje świadomym wyborem, przemyślaną miłością. Wiem już też, że prawdziwi poeci potrafią rozpalać z rozmachem zimowe ognisko. Nie zmarzłem. 

Pomijając więc folderowe opisy, 5-gwiazdkowe rankingi i zachwyty przypadkowych turystów, temu miejscu robię w sobie idealną widokówkę, a Gospodarzom podziękowania ślę prosto w harmonijne, wegańskie serce. 

Tak! Zdarza mi się zapamiętywać w sobie dobre miejsca, tak samo silnie jak płochliwe miłości.

IMG_0987.jpg

[33] I kropka!

Miłość jak tlen. A, że żyć trzeba, podrywam na okrągło i nie zważam z reguły na miejsca sporne. Zasady ograniczam do drobnego minimum, do małej ważki.

W Dotce* jedynie platonicznie. Bo jak mawiał wuj Hugo de Mooi: "Dziewczyny Twoich kumpli są absolutnie nie do romantycznych miłości. Na męskiej wojnie musi panować jednak pewien ład i ustalony porządek. Tak, by testosteron przetrwał."

Stary Kumplu, jak tu piszę i jak Pinokio mi świadkiem, sumienie i ręce od podrywu, tym razem, mam czyste. Koniec. Kropka!

 

IMG_0986.jpg

[31] No pardon. Ileż można!

Wspomnienie gorsze niż ta temperatura na minusie. 

Sporo tego dnia zniosłem; słuchanie o walorach innych jest jednak dość wyczerpujące, a serce mam ruchliwe i szybko się męczy. Marco to jakiś cud natury był, gwiazda roku, level master, bo prócz tego, że był Włochem, to znał się wybitnie dobrze na gotowaniu i męskich sztuczkach. Całował jak Bogart, śpiewał jak Sinatra, a do tego był przystojny i dbał o siebie nad wyraz i ponad wszelką przyjętą normę.
Marco to, Marco tamto, Marco srarko, ale przy frazie: "Marco golił ciało na calutkiej powierzchni" zwyczajnie padłem b l a d y m, jak dzisiejszy śnieg, t r u p e m. 

No pardon. Ileż można!

FullSizeRender.jpg

[30] 2016

No dobra. W świętowaniu to ja się potrafię zatopić jak nikt inny. I tak cały tą radością przesiąknąć, że aż muszę sobie potem morale wyżymać i suszyć jak lniane porcięta na solidnym wietrze. Nie przeczę. Czasem przeciągam nadmiernie.

Od zawsze byłem przecież pierwszoligowcem, mistrzem świata w przepadaniu. Przepadam więc sobie, to tu, to tam, czasem na dłużej niż wypada i niż w regulaminie przyjęte. Poza tym: za wdziękami, za drobną przyjemnością, czasem jak kamfora albo mały kamyk w wodę; jak stary rok w nietrwałej pamięci. 

Na 2016 kalendarze mam dwa. Oba fajne i oba dość duże, by pomieścić. Będę teraz w nich sobie mnożyć godziny i dublować sekundy, tak by mi starczyło na każdą treść i całą niepotrzebną resztę. Porozciągam czas do samiutkich krawędzi, by najlepiej jak potrafię skorzystać, przeżyć wreszcie tak jak należy, razy dwa, a jak się uda to nawet i dwieście.

Czego sobie i Wam na ten nowy, kolejny początek. Na tegoroczną kolędę.

[29] Fale

Znów mam w sobie sztorm, psia mać! Tym razem dziesięć w skali Casanovy.

Jestem cwaniakiem i dobrze wiem, że przy takiej Dziewczynie miłość trzeba zaplanować, jak podkład pod mega budowę, jak trudną podróż. I nigdy, ale to przenigdy nie zdradzać innym nawet najmniejszych podpunktów. Na improwizację zostawić sobie raptem margines, tyci kąt i ani centymetra więcej.

Moja miłość przyjdzie do Niej falami; z małym wiatrem, żeby było bez strat. Nic się nie będzie w Niej szarpać i niepotrzebnie złościć. Na początku zdarzy się nam kilka cichych rozmów o niczym, podrywu znad rzęs. Będzie poezja i dyrdymały jak kilogramy cukru. Cierpliwie poczekam, aż zawieje w Niej mocny wiatr i dopiero wtedy zacznę. Potem zjedziemy na tej fali już razem. Ręka w rękę. Rozmawiając ze mną przestanie cedzić słowa i uważnie dobierać przecinki. W co piątym wyrazie zdarzy Jej się nawet sugestia, że na pewno teraz, i że na pewno ze mną; będzie te zdania kończyć mocną kropką. Gdy znajdziemy się w okolicy splotu, będzie już całkowicie bez pamięci. I sama nie zauważy kiedy w Niej na stałe zamieszkam.

[28] S l o w

Z całej mojej rodziny najbardziej S L O W to była jednak moja babka. Babka zawsze mawiała, że żyć powolnie znaczy żyć dobrze. Stawiała między jednym przymiotnikiem a drugim tak uparty znak równości, że trudno było jej w tę życiową mądrość zwyczajnie nie uwierzyć. W jej głosie nawet upomnienia brzmiały jak świeżo zaparzona melisa, na spokojnie. Babka miała dar. 

W spadku dostałem po niej: stary zielnik, porcelanową figurkę i miłość do p o w o l n o ś c i właśnie, bo tak jak Ona nie lubię robić byle jak i dotykać powierzchownie; nie jestem instant, a znajomości celebruję z niekłamanym szacunkiem. Wiem, do czego służy rumianek i potrafię z innych czerpać garściami. Lubię używać starych słów w całkiem nowych kontekstach, a cytując Babkę, słusznie rozumiem i dobrze wiem, że: "grunt to się nigdzie nie spiesząc zajść na czas tam gdzie się chce, albo gdzie się zwyczajnie powinno".


[27] Adwent

Bo chodzi o to, że podrywanie kosztuje. I to sporo. Na biednego nie trafiło, ale uwierzcie: za każdym razem tracę przy tym tony nerwów, jeszcze więcej monet, a z efektem i tak bywa różnie. Można się zmęczyć.

Na rachunku sumienia, który w sezonie męsko dopieszczam, zawsze na koniec znajduję kilka skomplikowanych znajomości; amorów, które nie powinny się zdarzyć; słów, powiedzianych za szybko lub bez sensu; nie tam gdzie trzeba, lub nie tej, której się powinno. Zawsze więc w okolicach grudnia, gdy mi wiatr zimnem zaczyna hulać po kieszeniach wchodzę w fazę wyciszenia i zasłużonej refleksji. Robię adwent.

W tym roku skromnie, minimum do końca grudnia: nie mówić brzydkich wyrazów, nie podrywać, spacyfikować dzikie serce.

I nic a nic nie wzruszy mnie ta nowa miłość, co stoi tam z tym tiulem na udach i nowością w ruchach; z doskonałą jak Afrodyta figurą i pachnąca jak cynamon w świeżo upieczonym cieście. Niech kusi, kokietuje i uprawia te swoje damskie sztuczki. Sama, w pojedynkę, tym razem całkowicie beze mnie.

Bo ja mam postanowienia i mocny jak rum charakter. Jestem pewniakiem, jak ryba na wigilię, jak kurz na meble, więc nie nagnę. 

Tak mi dopomóż święty Adwencie!

[26] Duża

Siedem bożych dni szukałem tamtej Dziewczyny. I nic. Nadal tylko ja i wanilia w wełnianej czapeczce. Ale nie odpuszczę! W czasie gdy próbuję Ją jednak trochę z siebie wymeldować, wyeksmitować za nawias celebruję czas z Dużą. By nie oszaleć nadmiernie.

Lubię Dużą. Bo Duża dużo o mnie wie. Ufam jej i mówię prawie wszystko. Duża sprawia, że przestaje się we mnie zło szarpać, że konturuje siebie z należną precyzją, tak jak trzeba, wyraźnie. Duża jest wyrozumiała i uczciwie słucha. A gdy już mówi, to łagodnie i prosto: mówi, że to nie problem, i że każdy czasem czuje się jak marionetka, że to, co mam nad sobą to tylko kawałek drewna, żaden krzyż pański, że jeśli jestem kochliwy, to znaczy, że serce mam wrażliwe i, że jest tam ciepło. I, że to ładnie; że naprawdę nie ma się czego bać; że jak ogarnia mnie zwierzęcy strach, to mam się skulić i pomyśleć magicznie, a jak mnie mdli od złych wiadomości, to zacisnąć mocniej pięści. Mówi też, że jestem jak gąbka i za dużo chłonę; że tak nie można bo potem boli i wszystko wylewa się wąską linią, upartym ciurkiem. 
Ale najbardziej lubię Dużą za to, że gdy mi źle to nie każe mi bez sensu oddychać głębiej i z wdzięcznością patrzeć na słońce. Po prostu czeka, cierpliwie milcząca. 

Duża, dzięki, że jesteś.

[25] Czapeczka

Otóż, bywam rzewny i kaloryczny. I pewnie dlatego mam niebywały talent do skręcania w te uliczki, w których czają się na mnie miłosne historie. Zazwyczaj zaczynam je klasycznie, po bożemu; często jednak kończę w najsmutniejszym z gatunków. Różnie bywa.

Jakoś w ostatnią sobotę o szesnastej z kawałkiem byłem na amorach z Dziewczyną o dzikim apetycie i najsłodszych oczach w całym mieście. Gdy wyczytaliśmy już z siebie wszystkie dostępne opowieści i przerobiliśmy cały grzeszny alfabet, Dziewczyna uciekła zostawiając na stole pusty talerz i wełnianą czapeczkę. 

W moich rewirach jednak miłość nie trzyma często schematu i bez uprzedzenia opuszcza kanon; dlatego siedzę tu teraz zupełnie sam i szukam Jej, w tym pozostawionym skrawku (pachnącego wanilią) materiału; wciąż narcystycznie wierząc, że ten sernik, który tak bardzo chciała zjeść tamtego dnia, nie był Jej prawdziwym romansem, a jedynie pretekstem, by spotkać się ze mną bliżej Raju.

[24] Upadek

Jeżdżę nałogowo! A sztukę właściwego upadania uprawiam od wielu dobrych lat. Z różnym skutkiem. W czasie pomiędzy zaliczyłem niemal wszystko: połamane kończyny, wykrzywione morale, zdarte do krwi łokcie. Bywało różnie. Miłość do hardych zdarzeń odziedziczyłem po zakazanych lekturach. Temperament najprawdopodobniej po ojcu. Obie kwestie są we mnie nie do zdarcia.

Początki brałem na szybko, z rozpędu. To były czasy pierwszych emisji MTV, gumy turbo i stroboskopowych teledysków, w których dziewczęta gięły się jak wiotkie gałęzie. Było na co popatrzeć. Obok tej, która jako pierwsza pokazała mi, że czas naprawdę może stanąć w miejscu, ta miłość była niewątpliwie największa. Nadal czytam moją pasję od deski do deski i nigdy nie upadam zbyt nisko.



[23] Otuszowanie

Każda rodzina ma swój lokalny koloryt i dzikie satelity. Moja także. Taki, na ten przykład, wuj mój Hugo de Mooi, z niejednego portu chleb jedzący, o ostrej fizys, pies na baby i stary marynarz, zwykł mawiać tak:

"Synu brata mego, Filipie, pamiętaj: Kobiety są ważne, ale odchodzą. Zanim odejdą muszą zatem zostać zakotwiczone w Twym ciele. Inaczej jakby ich nigdy nie było, jakby nie istniały. Skóra jest najlepszym materiałem do wyrażania miłości."

Otusz,
jaki wuj, taka rodzinna tradycja. Boom!

[22] Czas, czas, czas

Lubię być sam, ale boję się samotności. Ze wszystkich spraw walających się po mojej głowie, miotających w środku, najbardziej boję się bezsenności i przemijania. "Czas, czas, czas!" Jak mawia pewien najlepszy znajomy, zawsze z twardym akcentem na ostateczność. Do przełknięcia na gorzko, tkwiący w gardle twardym prętem, nie do ruszenia. Ten, co stoi w miejscu i ten łaskawy, ten do wesela się zagoi, i ten, który zabiera i niszczy; kruszeje w rękach, przecieka pomiędzy, zbyt szybko mija. Jest w czym wybierać, dużo tego, a bać się przecież nie można.

W świecie lalek, w miejscu gdzie czas pociąga za sznurki jest przecież zupełnie jak u Was. Bliźniacze podobieństwo zysków i strat. Na granicy między przejściami, gdzieś między Waszym dzieciństwem a dorosłością, zawsze pojawia się ostre cięcie. A wtedy? Starej lalce filcuje się wnętrze, królewnie rdzewieje korona, ołowiany żołnierzyk składa broń.

[21] Salsa

Czwartek. Nowy dzień, a dla mnie jakby wciąż wczoraj. Jestem już niemal całkowicie przekonany, że wykończą mnie kiedyś na całość te przedłużające się daleko w noc kursy salsy. Szczególnie ta Nowa, która na nie od dwóch tygodni intensywnie uczęszcza. Takie mi zrobiła na dziś worki pod oczami, takie gwiazdy, że połowa mnie czuje się jak Latino, a połowa jak Amerykański.

A, że za doznania pikantnie się płaci, przepłacę Ją kiedyś i ja. Rozdwojeniem jaźni.

[20] Kiosk

siedzę przy kiosku
dłubię sobie w nosku

z częstochowskiej plasteliny
tworzę dla dziewczyny rymy

tu coś dodam
tam coś przytnę
zmiękczę całość
twarde wytnę

bo ja miłość czuję
w prawej mej komorze
serce przać nie sługa
bez niej umrzeć może
Boże